•  

    Dziś z cyklu #mordercychrystusa Wielki Zakon Krzyżacki, a właściwie Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Ze wsparciem papieża i z Matką Boską i Chrystusem na ustach mordowali całe nacje.

    Wielokrotnie najeżdżali Żmudź, Litwę i Ruś Czarną, Prusy oraz Polskę. Oprócz napływu kolejnych braci, zakon uzyskał także wsparcie papieża – wyprawy przeciw Prusom zyskały rangę krucjat, w których brali udział także polscy książęta. W 1235 r. do Krzyżaków przyłączyli się bracia dobrzyńscy, a w 1237 r. zakon kawalerów mieczowych zawarł z nimi sojusz polityczno-militarny, będący unią tych dwóch zakonów. W przybliżeniu 80 000 Prusów zostało wymordowanych, w trakcie podboju około 10 000 uciekło do Polski i około 5 000 na Litwę. Oblicza się, że maksymalnie przy życiu nie zostało więcej jak 80 000.

    Więcej tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zakon_krzyżacki i tutaj: http://prusowie.pl/historia/co_stalo_sie_z_prusami.php

    Ktoś zawoła tego wazona @tomm16 od tagu #mordercyateizmu ? xDDDD

    #bekazkatoli #morderstwo #ludobojstwo #zbrodnia #katolicyzm #chrzescijanstwo #wiara #religia
    pokaż całość

  •  

    W odpowiedzi na wpis tego wazona @Tomm16 ( zawoła go ktoś? :) polecimy z grubej rury: MORDERCA W SUTANNIE! Roman Maryś był wikarym we wsi położonej niedaleko Poznania. Młody, przystojny ksiądz wzbudzał ogromne zaciekawienie parafianek... Bliższa znajomość z jedną z kobiet stała się przyczyną zbrodni.

    Roman Maryś przyszedł na świat w 1963 roku. Mieszkał wraz z rodzicami, trójką rodzeństwa oraz babcią ze strony matki w małej podpoznańskiej wiosce D. Chłopiec zawsze uchodził za wzór do naśladowania w oczach swojego rodzeństwa oraz kolegów i koleżanek ze szkoły. Kiedy Romek skończył 9 lat, został ministrantem. Wiele lat później wspominał: - Z dumą stałem obok ołtarza i marzyłem, aby kiedyś być księdzem - przypominał sobie swoje dzieciństwo dorosły już mężczyzna

    Historia jest bardzo długa (5 stron) więc zapraszam po dalszy ciąg tutaj: http://menway.interia.pl/news-morderca-w-sutannie,nId,449855#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

    #mordercychrystusa #dzbanteizmu #tomm16content #bekazkatoli #morderstwo #zbrodnia #polska #kosciol #wiara #katolicyzm
    pokaż całość

    źródło: i.iplsc.com

  •  

    Hans Schmidt - katolicki ksiądz skazany na karę śmierci. #mordercychrystusa

    Hans B. Schmidt urodził się w bawarskim mieście Aschaffenburg. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1906 roku w Moguncji. W roku 1909 wyemigrował do USA. Początkowo pracował duszpastersko w parafii św. Jana w Louisville. Po strzelaninie z innym duchownym został przeniesiony do Nowego Jorku i skierowany do parafii św. Bonifacego. Ks. Schmidt poznał tam atrakcyjną gospodynię plebanii, emigrantkę z Austro-Węgier Annę Aumuller. Pomimo przeprowadzki duchownego do parafii na drugim końcu miasta, utrzymywali ze sobą intymne stosunki zapoczątkowane u św. Bonifacego. Później ujawniono, że byli małżeństwem, które zawarli podczas wątpliwej ceremonii pod przewodnictwem samego pana młodego. Po odkryciu ciąży u Anny, ks. Schmidt podciął jej gardło, a zwłoki poćwiartował, spakował i wrzucił do East River. Stało się to 2 września 1913 roku.

    Ciało zostało odkryte przypadkowo 5 września 1913 roku przez dwóch nastolatków spacerujących brzegiem rzeki. Rozpoczęło się śledztwo.

    Ciało kobiety było zapakowane w poszewkę z wyszytym inicjałem „A” oraz metką handlową. Detektywi Faurot i Cassassa odnaleźli producenta i uzyskali wgląd w księgę zamówień. Ustalili, że wszystkie (a wyprodukowano ich tylko 12) trafiły do jednego nowojorskiego sklepu. Sprzedano dwie sztuki (droga wysyłkową). Pierwszą kupiła pewna kobieta ale ową poszewkę miała na łóżku. Sprawdzając drugie mieszkanie funkcjonariusze zastali zamknięte drzwi, po otworzeniu których odkryli ślady krwi i narzędzia rzeźnickie. Mieszkanie wynajmował niejaki Hans Schmidt dla „młodej kobiety należącej do jego rodziny”.

    Detektywi odnaleźli listy zmarłej do swych pracodawców. Po sprawdzeniu adresatów Faurot i Cassassa zawitali do ostatniego pracodawcy (wzbudzał najmniejsze podejrzenia) - parafii św. Bonifacego. Miejscowy proboszcz nadmienił tylko tyle, że gospodyni odeszła z plebanii po przeniesieniu wikarego, ks. Hansa Schmidta do parafii św. Józefa. Słysząc znajome nazwisko funkcjonariusze udali się niezwłocznie do nowego miejsca pracy księdza wikariusza. Mimo, że funkcjonariusze chcieli go tylko przesłuchać, kapłan na ich widok dostał ataku paniki. Detektywi byli więc już pewni co do mordercy. Po kilku minutach ksiądz wyznał Zrobiłem to z miłości. Poświęcenie należy uświęcać krwią.

    Aresztowanie księdza spowodowało cyrkowy wręcz spektakl medialny. Tytuły prasowe konkurowały ze sobą w natężeniu stopnia sensacji na temat zbrodni. Ks. Schmidt mimo iż symulował chorobę psychiczną podczas pierwszej rozprawy, został ostatecznie skazany na karę śmierci (krzesło elektryczne). Wyrok wykonano 18 lutego 1916 w więzieniu Sing Sing. Był jedynym w historii USA duchownym katolickim, na którym wykonano wyrok śmierci.

    W trakcie śledztwa wyszły na jaw inne skandaliczne fakty z życia duchownego. Okazało się, że ksiądz miał drugie mieszkanie i zarabiał z udawania lekarza (w młodości przez kilka miesięcy studiował medycynę), przeprowadzając aborcje i dokonując fałszerstw.

    Podejrzewa się też, że ks. Schmidt dopuścił się mordu na dziewięcioletniej Almie Kelmer, której ciało znaleziono zakopane w piwnicy kościoła w Louisville, w którym duchowny pracował. Skazany na podstawie poszlak został wówczas mężczyzna sprzątający kościół. Ks. Schmidt mógł też zabić inne dziecko, gdy mieszkał jeszcze w Niemczech. Sprawa ucichła z powodu wyjazdu kapłana do USA.

    W jego drugim mieszkaniu śledczy odkryli również plik pustych aktów zgonu. Jak się okazało - duchowny planował dokonać serii mordów dla wyłudzenia pieniędzy od towarzystw ubezpieczeniowych. Plany pokrzyżowało aresztowanie.

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Hans_Schmidt_(morderca)
    #bekazkatoli
    pokaż całość

  •  

    Czas na #mordercychrystusa

    Miły, słodki chłopiec. Tak małego Dariusza pamiętają mieszkańcy jastrzębskiego osiedla, na którym się wychowywał. Pochodził z górniczej rodziny. Ojciec pracował w kopalni, matka była gospodynią domową.

    Darek był oczkiem w głowie ojca. Mężczyzna bardzo ciężko pracował w kopalni. W wolnych chwilach majsterkował. Pomagał mu syn. W pewnym czasie obaj zaangażowali się w budowę kościoła. W ten właśnie sposób mały Darek zaczął przebywać w towarzystwie osób duchownych. Z biegiem czasu poświęcał Kościołowi coraz więcej czasu. Jeździł na oazy. Był też szafarzem, udzielał komunii wiernym.

    Ksiądz Bogusław Zalewski (53 l.) poznał Dariusza P., gdy ponad 9 lat temu trafił do Ruptawy, dzielnicy Jastrzębia-Zdroju. P. mieszkali tam całą liczną już rodziną. Już wtedy był szafarzem komunii św. w kościele parafialnym. Mężczyzna zrobił na księdzu jak najlepsze wrażenie.

    - Chodzili całą familią do kościoła, ludzie nawet na kolędzie zwracali na to uwagę, mówili mi, jaka to zgodna, porządna rodzina. Zazdrościli tego nawet. On sam był bardzo życzliwy. Chętny do pomocy. Służył samochodem, jeśli ktoś potrzebował, naprawiał maszyny, wstawiał okna - twierdzi duchowny.

    To w kościele poznał przyszłą żonę, Joannę (†40 l.). Bardzo szybko wzięli ślub. Dariusz miał wtedy zaledwie 20 lat. Wesele było oczywiście bezalkoholowe. Podobnie jak późniejsze życie całej rodziny Dariusza P.

    10 maja 2013 r. w Jastrzębiu-Zdroju straż dostała zgłoszenie o pożarze domu jednorodzinnego. Akcja ratunkowa była dramatyczna. Strażacy musieli wyłamać drzwi. Pracowali w maskach, bo cały budynek tonął w dymie i trujących gazach wydzielanych przez topiące się plastiki. W płomieniach zginęła 18-letnia Justyna, a 4-letnia Agnieszka zmarła w karetce. Ich 40-letnia matka umarła kilkanaście godzin później w szpitalu. Podobnie jak 10-letni Marcin i 13-letnia Małgosia. Pożar przeżył tylko 18-letni Wojtek. Dariusza P., męża i ojca ofiar, nie było wtedy domu. – Pracowałem w swoim warsztacie w Pawłowicach, miałem ekstrazlecenie na meble – wyjaśniał tuż po tragedii.

    Początkowo wydawało się, że przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej. Prokuratura uznała jednak, że Dariusz P. celowo podpalił dom z bliskimi. Śledczy ustalili, że mężczyzna od samego początku kłamał, twierdząc, że w momencie tragedii pracował w oddalonym o kilkanaście kilometrów warsztacie. Skąd to wiadomo? Jeszcze przed przybyciem straży syn kilka razy dzwonił do ojca. Dariusz P. nie odebrał, ale nadajnik GSM złapał sygnał jego komórki. Specjaliści wyliczyli, że na pewno nie był on w Pawłowicach. Potem biegli z zakresu pożarnictwa stwierdzili, że płomienie w domu pojawiły się w kilku miejscach jednocześnie. Ktoś podpalił firankę w pokoju, szafę z ubraniami na półpiętrze oraz wielki worek z butelkami po napojach. Ogień błyskawicznie objął też plastikowe elementy wyposażenia.

    W jednym z pokoi znaleziono martwą mysz nad uszkodzoną instalacją elektryczną. Wyglądała tak, jakby przegryzła kable i wywołała zwarcie. Biegli ustalili, że kable zostały przecięte nożem, a myszy ktoś obciął głowę jeszcze przed pożarem.

    Kiedy Dariusz P. dowiedział się, że policja wypytuje o niego ludzi, przybiegł na komendę i pokazał, iż dostał dziwne SMS-y wysyłane od rzekomego podpalacza. Potem przyniósł 5 tys. zł nadanych na poczcie w Opolu. – Dostałem to przekazem od podpalacza – powiedział. Kryminalni sprawdzili więc monitoring na poczcie. Okazało się, że pieniądze wysłał Dariusz P.

    Prokurator postawił Dariuszowi P. zarzut wielokrotnego zabójstwa i usiłowania zabójstwa. Twierdzi, że mężczyzna drobiazgowo zaplanował zbrodnię. Chciał dostać bowiem milion złotych z polisy, którą wykupił trzy tygodnie przed tragedią.

    Matka wierzy, że Dariusz P. nie zgładził całej rodziny: Mój syn jest niewinny

    - Nie wierzę w to, co mówi prokurator. To na pewno jakaś pomyłka - mówi pani Urszula, matka Dariusza P. oskarżanego o zamordowanie czwórki dzieci i żony.

    Sąd Apelacyjny w Katowicach utrzymał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności dla Dariusza P. z Jastrzębia-Zdroju. - Kara za podpalenie domu i zabicie rodziny nie mogła być inna - podkreślił sędzia Marek Charuza, przewodniczący składu orzekającego.

    Motyw zbrodni - kasa z ubezpieczeń i chęć rozpoczęcia nowego życia z kochanką.
    #bekazkatoli
    pokaż całość

    źródło: bi.gazeta.pl

    •  

      @lakukaracza_: no kuuurde dobrze ze sa zrodla ale podawaj je od razu no zaraz jacys katole sie beda czepiac ze wymyslasz.

    •  

      Osobiście znałam Justynę. Właśnie z rekolekcji oazowych. Najbardziej uderzające jest to, że w wyniku pożaru ich dom spłonął kilka lat wcześniej. Justyna tym właśnie dzieliła się jako swoją trudnością z wiarą, miała pretensje do Boga czemu właśnie ich to spotkało. Cała wspólnota bardzo im pomogła i szybko zebrali środki na odbudowę domu, ubrania, pomoce szkolne itd. Prawdopodobnie stąd zrodził się pomysł na podpalenie. Nie mam na to źródeł, a jedynie relacje bliższych jej znajomych niż ja, że ojciec miał problem z hazardem i potrzebowal kasy na spłatę jakichś długów. Słuchając jej świadectwa z jednej strony szczerze współczułam tragedii, ale zazdrościłam rodziny i wsparcia od nich. Ale jednak wolę swoją pojebana rodzinę, przynajmniej mój ojciec nie uznał, że może mnie podpalić dla odszkodowania. pokaż całość

    • więcej komentarzy (15)

  •  

    Czas na #mordercychrystusa

    Topił matkę wodą święconą. Zabił ją, wypędzając szatana

    Osiedlem Rosochy w Ostrowcu Świętokrzyskim wstrząsnęła porażająca informacja. W spokojnym bloku zamordowana została starsza kobieta. Policjanci zatrzymali dwójkę jej dorosłych dzieci, a z ust do ust przekazywana jest mrożąca krew w żyłach informacja o tajemniczych i okrutnych obrzędach, którym ofiara poddana została za życia.

    Maj 2014r. W nocy z czwartku na piątek policjanci zostali powiadomieni, że coś złego wydarzyło się na czwartym piętrze w bloku na osiedlu Rosochy. Gdy pojechali na miejsce, w jednym z mieszkań znaleźli zwłoki Ireny M. (†73 l.). W domu były dorosłe dzieci ofiary – Piotr M. (39 l.) i Barbara M. (38 l.). Staruszka wyglądała na pobitą, miała ślady przemocy na całym ciele. Samo mieszkanie przyprawiało o dreszcze. Na ścianach wisiało wiele krzyży, na stołach poustawiane były ołtarzyki i inne najróżniejsze symbole religijne.

    Jak ustalili prokuratorzy, Piotr M. przez osiem minionych dni odprawiał nad matką egzorcyzmy, bo uznał, że wstąpił w nią diabeł. Codziennie pochylał się nad schorowaną kobietą, która od dwóch lat nie wychodziła z domu, i przystawiając jej krzyż do twarzy, pytał, czy wyrzeka się szatana. Jeśli odpowiedzi nie usłyszał, bił własną matkę pięściami po głowie. W ten sposób złamał jej szczękę i spowodował obrażenia mózgu. Potem na siłę poił ją święconą wodą, przyniesioną z kościoła. Gdy odmawiała, kopał ją po całym ciele, łamiąc jej w ten sposób żebra. Piotr M. uważał się za bardzo wierzącego. W tych samych dniach, kiedy znęcał się nad matką, codziennie chodził do kościoła na mszę.

    Sąsiedzi z mieszkania piętro niżej, Antonina (63 l.) i Stanisław (77 l.) Seweryńscy mówią, że brat i siostra mieszkali cały czas z chorą matką, nie mieli rodzin. Z nikim nie utrzymywali bliższych kontaktów, ale byli grzeczni i spokojni, zawsze mówili „dzień dobry” i „do widzenia”. W nocy nic nie było słychać...

    #bekazkatoli
    pokaż całość

    źródło: ocdn.eu

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Był mroźny poranek 8 grudnia 2010 roku. Ewelina Skwara (zdjęcie) bladym świtem wsiadła na swój czerwony składak (zdjęcie) i jak co dzień wyruszyła w drogę do szkoły. Od rodzinnego domu w Służewie Polu (kujawsko-pomorskie) do pobliskiego gimnazjum miała do pokonania zaledwie 2 km. Tego dnia nigdy tam jednak niedotarta, a jej rower, uszkodzony i porzucony na poboczu, zauważyła sąsiadka, która bezzwłocznie zawiadomiła rodziców 14-latki. Rodzina natychmiast wszczęła poszukiwania. Zawiadomiona policja spekulowała, że mogło dojść do wypadku samochodowego, jednak w tym miejscu i w tym czasie nikt nie zgłosił podobnego zdarzenia, a poszukiwania Eweliny po okolicznych szpitalach także nie przyniosły wyczekiwanych rezultatów. Rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, do której włączyło się ponad 200 strażaków, żołnierzy i okolicznych mieszkańców, którzy mimo złych warunków atmosferycznych, przeczesywali okoliczne lasy i pola. Niestety, nie pomógł także sprowadzony z Warszawy śmigłowiec wyposażony w specjalistyczną aparaturę do poszukiwań - kamery termowizyjne i do rejestracji obrazu w trudnych warunkach pogodowych. Nastolatka zapadła się jak kamień w wodę. (zdjęcie)

    Po kilku dniach, gdy przeszukanie 600 hektarów lasów i pobliskich terenów nie przyniosło rezultatów, tracąca wszelkie nadzieje rodzina poprosiła o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który bez żadnych wątpliwości stwierdził, że dziewczynka nie żyje, a miejsce, gdzie znajdują się zwłoki opisał między innymi jako "święte", z figurami nieopodal.

    klik <- reportaż nagrany po 3 dniach od zaginięcia Eweliny

    Poszukiwania trwały w dzień i w nocy, przesłuchano także ponad 120 osób, zbadano ślady opon samochodowych zabezpieczone przy znalezionym rowerze. Zatrzymano nawet jednego podejrzanego mężczyznę, ale z braku dowodów został on wypuszczony.

    Za pomoc w odnalezieniu dziewczynki wyznaczono nagrodę 11 tys. zł - po 5 tys. od Komendanta Wojewódzkiego Policji w Bydgoszczy oraz od wójta Aleksandrowa Kujawskiego, a 1 tys. dołożyła anonimowa osoba.

    . . .

    4 stycznia 2011 roku podczas rutynowego obchodu podleśniczy z leśnictwa Dąbrowa Biskupia, administrującego laskami w Chlewiskach (czyli około 20 kilometrów od miejsca, w którym znaleziono porzucony rower Eweliny), natknął się na ciało młodej kobiety i niezwłocznie powiadomił policję. Szczątki znajdowały się w lesie, niedaleko lokalnej drogi, prowadzącej z Inowrocławia w kierunku Włocławka.

    klik <- szczegóły odnalezienia ciała (trochę obrzydliwe, dlatego podaję link, zamiast opisu)

    Miejsce odnalezienia zwłok było zgodne z opisem, który wcześniej podał Krzysztof Jackowski - teren był bagnisty, a nieopodal znajdował się cmentarz, którego figury widział jasnowidz z Człuchowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Ciało było w stanie daleko posuniętego rozkładu oraz poszarpały je zwierzęta, co uniemożliwiło szybką identyfikację. O tym, że to ludzkie szczątki, przypominały tylko długie blond włosy. Prokurator zdecydował, że tylko kurtka i plecak wraz z zawartością znalezione przy ofierze zostaną pokazane matce zaginionej. Kobieta rozpoznała rzeczy córki, a kilka dni później tożsamość Eweliny Skwary potwierdziły badania DNA.

    Jeszcze przed wynikami badań genetycznych, 12 stycznia późnym popołudniem policjanci z Wydziału Kryminalnego komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy doprowadzili do jednostki 26-letniego Jacka Urbańskiego. (wideo z zatrzymania)

    . . .

    JACEK URBAŃSKI, rocznik '84

    Przed zatrzymaniem mieszkał z rodzicami w małej wsi Koszczały (kujawsko-pomorskie) i pracował przy uboju zwierząt w pobliskich Radojewicach. W 2008 roku zamieszkał ze swoją konkubiną, z którą ma synka. Jednak dwa lata później wrócił do rodzinnego domu.

    Był dalekim krewnym swojej ofiary, jednak o tym, jak i w ogóle o jego istnieniu, rodzina Eweliny dowiedziała się dopiero po całym zdarzeniu. Ich ojcowie są kuzynami, lecz od lat nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Urbański jednak znał dziewczynkę, ponieważ od kilku miesięcy ją obserwował.

    Jego rodzinna miejscowość to zaledwie kilka domów wzdłuż wąskiej, gruntowej drogi (nawet samochód Google Maps tam nie zajeżdżał). Oczywiście, wszyscy się dobrze znali, a sąsiedzi mieli o Jacku bardzo dobre zdanie. Według nich był to zwykły, niczym się niewyróżniający, cichy chłopak, który nie sprawiał większych problemów. Do tego był baaaaardzo pobożny - co niedziele chodził do kościoła i przyjmował komunię. Gdy był młodszy chodził na każde majowe nabożeństwa i różaniec, a do dwudziestego roku życia był ministrantem (to chyba pasuje do nowego hasztagu @lakukaracza_ #mordercychrystusa (・へ・) ). Skończył tylko szkołę specjalną i gdyby nie jego wykształcenie, a raczej jego brak, zdaniem mieszkańców Koszczał Urbański nadawałby się do seminarium.

    Na imprezy nie chodził, nie pił, z podejrzanym towarzystwem się nie zadawał. Pracowity. Trochę zamknięty w sobie. Czasem się z niego nabijali, że jest taki nieśmiały w stosunku do dziewczyn. Zawsze spuszczał głowę w ich towarzystwie.

    - opowiada jedna z sąsiadek.

    Z kolei, jego znajomi uważali, że od dawna można było zauważyć, że ma pociąg seksualny do dzieci. Wodził wzrokiem za córką kolegi, a jeden z jego współpracowników zeznał:

    Pracował z nami facet, który siedział kiedyś za gwałt na dziewczynce. Widziałem, że przyglądał się Jackowi, kiedy obserwował tę dziewczynkę. Swój swojego wyczuje. A może obaj gapili się na nią równocześnie?

    Miał też obsesję na punkcie pisania SMS-ów, przez to często nie dosypiał w nocy. Nigdy nie rozstawał się ze swoim telefonem. Zanim doszło do morderstwa, szukał kobiety do współżycia, albo jak to sam określił "dziewczyny do poderwania". Był nachalny i wypisywał do różnych dziewczyn, a jedna z nich wspominała:

    Miałam wtedy góra 14 lat. Moi rodzice zatrudnili Jacka i jego ojca do remontu naszego domu. W czasie pracy Jacek często mnie zaczepiał. Gadał dziwne rzeczy. Na przykład, że jest śmiertelnie chory i zostało mu kilka miesięcy życia. Potem zdobył skądś mój numer. Dręczył mnie SMS-ami i telefonami. Pisał, że podglądał mnie przez okno.

    . . .

    Jacek Urbański zaplanował, za którym zakrętem uderzy w Ewelinę swoim peugeotem. Nie za mocno, żeby nic się jej nie stało. Wybrał do tego jedyny odludny fragment drogi, którą dziewczynka codziennie pokonywała. Nastolatka wylądowała w zaspie, a mężczyzna wysiadł z samochodu i wyciągnął ją ze śniegu. Wymierzył jej uderzenie w twarz z otwartej ręki i siłą zaciągnął do środka i wywiózł do lasu w okolicy Chlewisk. Doskonale znał ten teren, ponieważ był zatrudniony w masarni nieopodal. Kierując się do pracy na pewno nie było mu jednak tam po drodze, co wskazuje, że zbrodnię wcześniej zaplanował.

    To miejsce (...) koło cmentarza wybrał już wcześniej. Rozłożył kartony, bo na ziemi leżał śnieg. Kazał rozebrać się Ewelince. Wyciągnął nóż. Powiedział, że jak będzie głośno, to poderżnie jej gardło. Ale ona i tak krzyczała i płakała. Nie wiedział dlaczego, ale podobało mu się to. * Po zgwałceniu (którego opis był tak drastyczny, że nie został podany do opinii publicznej) kazał się jej się ubrać, położyć na plecach i naciągnąć czapkę na oczy. Posłusznie zrobiła to, o co ją prosił oprawca, wierząc, że wykonując jego polecenia przeżyje. Wtedy zadał dziewczynce kilka ciosów w okolice serca, co spowodowało wylew wewnętrzny i zgon na miejscu. Jej bielizną wytarł zakrwawiony nóż.

    Udusiłem ją przez pomyłkę, a potem poderżnąłem jej gardło. Zabić jej nie chciałem. Naprawdę tego nie planowałem. Po prostu się stało.

    - tłumaczył się później policji podczas przesłuchania.

    Kilka dni po zabójstwie Eweliny, rodzina Urbańskiego zgłosiła jego zaginięcie. Mężczyzna wyszedł z pracy i słuch o nim zaginął. Dodatkowo wysłał do swojego kolegi SMS-a z informacją, że został uprowadzony. Tego samego dnia wieczorem do dyżurnego Komendy Miejskiej Policji we Włocławku dotarła wiadomość, że w okolicach dawnej bazy MPK natrafiono na spalony samochód i jakiegoś mężczyznę, z którym trudno jest nawiązać kontakt. Mówił coś o tajemniczym BMW, które za nim jeździło i o kimś, kto woził go przez kilka dni w bagażniku, a potem zmusił, przystawiając coś zimnego do głowy, by spalił własne auto. Rysopis odpowiadał poszukiwanemu mieszkańcowi gminy Dobre. Młody człowiek trafił do włocławskiego szpitala, z którego został odebrany przez rodzinę. **

    Nie można wykluczyć, że po zamordowaniu Eweliny jego psychika nie wytrzymała, stąd taka irracjonalna próba zatarcia tropu.

    - przypuszczał jeden z funkcjonariuszy.

    Paradoksalnie, wymyślone przez niego porwanie, do którego miało rzekomo dojść pod Dąbrową Biskupią, pozwoliło mundurowym skojarzyć go ze sprawą zaginięcia Eweliny, lecz stało się to dopiero po odnalezieniu jej ciała.

    Informacja o zaginięciu Urbańskiego dotarła do Komendy Powiatowa Policji w Inowrocławiu, która połączyła pewne fakty - białego busa na radziejowskich numerach rejestracyjnych, którego posiadał podejrzany i którego policja zajmująca się sprawą zaginięcia dziewczyny zaczęła poszukiwać już kilka dni po znalezieniu jej roweru. Samochód widzieli świadkowie, a matka zamordowanej zeznała, że kilka miesięcy wcześniej córka zwierzała się, że stale mija ją to samo auto, z którego ktoś ją chyba obserwuje i obawiała się, że jest śledzona.

    Przez kilka tygodni odprowadzaliśmy ją do szkoły i ze szkoły. Czasami jeździła z bratem, czasami ze mną. Nie zauważyliśmy nic podejrzanego i daliśmy sobie z tym spokój.

    - opowiadała mama Eweliny.

    . . .

    Dowody zbrodni, czyli majtki dziewczyny i nóż, którym ją zadźgał, Urbański podrzucił do chlewni, w której pracował.

    Wiem, jaki to był nóż. Często wyciągał go przy nas. To był zwykły scyzoryk. Na każdym jarmarku można taki kupić. Zawsze otwierał nam nim coca-colę.

    - wspominał znajomy mordercy.

    Miesiąc po zabójstwie nastolatki, morderca wracał z pracy wraz z kolegami, gdy w radiowych wiadomościach podwali informację o odnalezieniu w pobliskim lesie zmasakrowanych zwłok.

    Kolega powiedział wtedy, że jakby dorwał tego skur * * * yna, który zabił tę dziewczynkę, to by go zaj * * * ł. Jacek się wtedy strasznie zdenerwował. Telefon mu wypadł z ręki. W domu zemdlał.

    . . .

    Materiały zgromadzone przez śledczych wystarczyłyby już w dniu zatrzymania postawić podejrzanemu zarzut porwania, zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem.

    Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa we Włocławku, na wniosek której sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt tymczasowy (aleeee jak można się spodziewać, będzie on konsekwentnie przedłużany aż do chwili, gdy zapadnie prawomocny wyrok).

    Jacek Urbański przyznał się do winy. Pierwszy raz już podczas zatrzymania. Jak relacjonował jeden z funkcjonariuszy pracujących przy tej sprawie:

    Choć nie od razu poinformowaliśmy go, za co, sam spontanicznie zaczął opowiadać, co zrobił z Eweliną.

    Drugi raz w trakcie nocnego przesłuchania, a trzeci podczas wizji lokalnej, której przyglądała się matka zamordowanej dziewczynki. Podczas jej trwania policjanci bardziej obawiali się ataku tłumu i samosądu na podejrzanym niż o to, że im ucieknie. Za wszelką cenę starali się nie dopuścić mieszkańców Służewa do Urbańskiego.

    14 stycznia odbyło się trwające ponad godzinę posiedzenie aresztowe w sądzie, podczas którego podejrzany ponownie przyznał się do winy oraz skorzystał z prawa do domowy składania wyjaśnień. Zgodził się jednak odpowiadać na pytania sądu i potwierdził wszystko, co mówił wcześniej na przesłuchaniach.

    Wyniki sekcji zwłok potwierdziły gwałt na dziewczynce, znaleziono również materiał genetyczny należący do podejrzanego.

    . . .

    20 stycznia 2011 na cmentarzu w Goszczewie odbył się pogrzeb Eweliny Skwary. Została pochowana obok swojej siostry bliźniaczki Patrycji, która zmarła dwa dni po ich urodzeniu, także 8 grudnia, tylko 14 lat wcześniej... Przerażający zbieg okoliczności.

    Mimo złej pogody w Służewie pojawiły się setki ludzi z całego województwa. Już pół godziny przed rozpoczęciem mszy kościół w Służewie był zapełniony. Dziesiątki ludzi nie zmieściło się w świątyni. ***

    (zdjęcia)

    Pomnik na mogile dziewczynek ufundowali okoliczni mieszkańcy.

    . . .

    W miejscu odnalezienia ciała Eweliny, jej rodzice postawili głaz z tablicą upamiętniającą.

    (zdjęcie) (zdjęcia)

    . . .

    Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    . . .

    Pod koniec czerwca do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Urbańskiemu.

    Jacek U. oskarżony jest o to, że 8 grudnia na drodze pomiędzy Służewem Pole a Służewem pozbawił wolności 14-letnią Ewelinę S., co łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Najpierw potrącił ją samochodem marki peugeot, a następnie przy użyciu przemocy umieścił ją w bagażniku samochodu, wywiózł do lasu w okolicy miejscowości Chlewiska, gdzie przy użyciu przemocy i groźby jej użycia doprowadził do zgwałcenia. Następnie, działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia małoletniej, zadał jej kilka ciosów nożem w okolice serca. W ten sposób spowodował zgon.

    - argumentował prokurator.

    . . .

    Ewelina była najmłodsza z piątki rodzeństwa. Niestety, jej śmierć nie była ostatnią tragedią w rodzinie Skwarów - około dziewięciu miesięcy po jej zaginięciu, 3 sierpnia 2011 roku jej 24-letni brat Przemek zginął w wypadku.

    40-letnia kobieta kierująca tico uderzyła w jego motorower. Chłopak zmarł po kilku godzinach od przywiezienia do szpitala.

    (zdjęcia)

    . . .

    W październiku we włocławskim sądzie ruszył proces. Ze względu na charakter tej sprawy prokurator wnioskował o wyłączenie jawności, mimo to rodzice zamordowanej dziewczynki tuż przed wejściem na salę podkreślali, że zależy im na wyłączeniu jawności procesu.

    Złożyliśmy taki wniosek, ponieważ chcieliśmy, aby wszyscy dowiedzieli się, co czeka sprawców, którzy dopuszczają się takich czynów.

    - mówiła matka Eweliny.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by chronić rodzinę Urbańskich. Cała Polska powinna się dowiedzieć, jakiego człowieka wychowali!

    - dodał ojciec.

    pokaż spoiler Rozumiem żal i emocje taty zamordowanej, ale taka odpowiedzialność zbiorowa (o której zresztą pisałam [tutaj](http://lesemerick.com/wpis/35898143/od-1-stycznia-2018-dziala-w-polsce-publiczny-rejes/)) jest niesprawiedliwa i krzywdząca...


    Sąd podjął jednak decyzję o zniesieniu jawności procesu, tłumacząc swoją decyzję dobrem pokrzywdzonych, jak i troską o interes sprawcy i jego rodziny. Proces toczył się więc za zamkniętymi drzwiami.

    . . .

    Podczas procesu byli przesłuchiwani aż 243 świadkowie. Podobno Urbański ani razu na spojrzał na rodzinę zamordowanej, a na pytania odpowiadał tylko dwoma słowami - "tak" lub "nie".

    Odbyło się siedem rozpraw. Oskarżony na żadnej nie powiedział, że przeprasza.

    . . .

    19 marca 2012 zapadł nieprawomocny wyrok - dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia po odbyciu 35 lat kary pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    klik <- odczytanie wyroku

    W uzasadnieniu wyroku sędzia powiedział, że dopiero w mowie końcowej morderca wyraził skruchę i przeprosił za swój czyn.

    Rodzice Eweliny przyjęli wyrok z ulgą i nie odwoływali się od niego. Matka zamordowanej podczas uzasadnienia płakała, a ojciec, po wyjściu z sali sądowej życzył skazanemu by nie dożył wyjścia zza krat.

    Sam Urbański, jak i jego adwokat (o dziwo!) także nie odwołali się od wyroku, który w związku z tym uprawomocnił się po 7 dniach
    . . .

    Ewelina w grudniu tego roku kończyłaby 22 lata.

    . . .

    klik <- reportaż Telewizji Kujawy, nagrany po ponad 2 latach od zaginięcia Eweliny

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    UWAGA, UWAGA, UWAGA! POSZUKUJĘ POMOCNIKA LUB POMOCNICY! :)

    Potrzebuję osoby, albo i kilku, do redagowania moich tekstów przed wrzuceniem. Bardzo zależny mi, żeby owi pomocnicy mieli dużą wiedzę z zakresu polonistyki i nauczyli mnie pisać poprawnie, dawali rady i nie krzyczeli. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Nie chodzi mi tylko o wyłapywanie literówek czy niepotrzebnych przecinków - chciałabym by ktoś pokierował mną jak nie popełniać błędów stylistycznych, nie zmieniać czasu w trakcie pisania itd.

    Jeżeli ktoś jest chętny - proszę pisać na priv.
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Rozpoczynam nowy cykl #mordercychrystusa

    Małżeństwo W. przez wiele lat uchodziło za wzorcowe. Stanisław W. był animatorem koła Radia Maryja w Bobowej, żona pomagała mu przystrajać kościoły i sale na komunie święte, chrzciny i wesela.

    Krótko przed tragedią wyszło na jaw, że dziewięć lat po ślubie, od 2004 r., mąż miał się znęcać nad dziećmi. - Musieliśmy ustami zbierać śmieci z podłogi, a czasami je zjadać - zeznała w śledztwie córka oskarżonego. Bywało, że za nieposłuszeństwo dzieci musiały klęczeć z pokrzywami w ustach. Stanisław W. kategorycznie zaprzeczał podczas przesłuchań, że znęcał się nad dziećmi. - Stosowałem wobec nich kary, ale była to wyłącznie forma wychowania - wyjaśniał 44-latek.

    W 2008 r. swoją agresję przerzucił również na małżonkę. Chorobliwie podejrzewał ją o zdradę. Dwa razy uderzył w twarz, bił też miotłą po nogach. Kobieta nie chciała pogodzić się z jego metodami wychowawczymi i atakami agresji. We wrześniu 2011 r. uciekła z dziećmi do Ośrodka Interwencyjno-Mediacyjnego pod Bieczem. Złożyła doniesienie na policję, informując o nieludzkim traktowaniu przez męża. Maltretowana żona chciała się rozwieść, ale mąż nie zgadzał się na to jako przykładny katolik i zaborczy mężczyzna.

    4 grudnia zaczaił się na żonę za drewnianą chałupą w Bieczu. Kiedy nadjechała samochodem, obrzucił pojazd kamieniami, zmuszając ją do zatrzymania. Marta W. nie przeczuwała zagrożenia. Wracała akurat z niedzielnej mszy. Obok niej siedziała koleżanka, a z tyłu czwórka dzieci. Najmłodsze miało wtedy 8, a najstarsze 15 lat. Gdy Marta W. otworzyła drzwi, mąż zadał jej kilka ciosów nożem. Co najmniej dwa były śmiertelne.

    #bekazkatoli
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów